PIRENEJE

Pireneje – przekraczając własne granice

HRP (Haute Randonnée Pyrénéenne) Wysokogórski Szlak Pirenejów to ponad 800 kilometrowa trasa z 40 tys metrów przewyższenia. Podzielona jest na 41 etapów, zwykle przechodzi się ją w 45 dni. Wiedzie od Oceanu Atlantyckiego aż do Morza Śródziemnego.
Wymyślona przez Georga Verona, znakowana kopczykami – kultowa i bardzo piękna. Rozciąga się pomiędzy szlakami GR10 i GR11. To droga, którą trzeba samemu odnaleźć, zagubiona w wysokich szczytach, biegnąca blisko grani głównej całego łańcucha Pirenejów.



HRP wymaga dużej samodzielności, obycia z ekspozycją, pokonywania dużych przewyższeń, umiejętności wyszukiwania właściwej drogi. Niezbędna jest znajomość nawigacji i sztuki przetrwania w trudnym środowisku górskim, a także dobra kondycja. Wymaga również zabrania ze sobą sporych zapasów jedzenia. 
Choć na drodze są schroniska, to ja założyłem, że nie będę z nich korzystał. Wybrałem wariant sam na sam ze sobą. A jak trudne to się okazało, to pokazał czas.



Im bliżej wyjazdu, tym częściej śniłem o Pirenejach, o szczytach i ścieżkach, które przemierzam. Jednak chyba do tej pory nigdy tak intensywnie nie przeżywałem rozłąki z rodziną. 
Port lotniczy San Sebastian i pierwszy dzień przygody. Było chłodno, ale nie deszczowo, więc aklimatyzowałem się dobrze. Krajobraz nie zachwycał zbytnio. Męczyłem się. Plecak ciążył. Trzeciego dnia rozpadało się na dobre i warunki zmieniły się na znacznie gorsze: zimny wiatr, kłujący deszcz, podłoże śliskie i gliniaste. Na zejściach z trudem łapałem równowagę, chwytałem się zielonych pnączy i ześlizgiwałem po błocie. Woda chlupała w butach.

Pierwsze 10 etapów nie posiada schroniskowej infrastruktury. Ja miałem swój mały namiocik i zamierzałem w nim mieszkać. Ale kiedy leje, morale spada, jest zimno, mokro i nieprzyjemnie. Rozbijasz namiot w deszczu, nie ma jak zagrzać wody, wchodzisz do śpiwora, by się ogrzać, by przeczekać, a tu ciągle pada. Potem zwijasz mokre rzeczy i wszystko ciąży jeszcze bardziej. A mój plecak i tak na stracie ważył ze 20 kg. Dźwigałem za dużo prowiantu. Co prawda były to lekkie liofy, orzechy i batony, ale „swoje” ważyły. Pocieszałem się, że z każdym dniem ubywać ich będzie i będzie lżej.



Po kilku dniach zaświeciło słońce, akurat w dobrym momencie, bo oto na drodze pojawiła się dość przepaścista, skalista grań i pierwszy dwutysięcznik. Pamiętam, zadałem sobie wtedy pytanie: 
Jeśli ta krucha grań jest teraz na początku drogi, to ile ich jeszcze przede mną i czy dam radę je wszystkie pokonać? 



Drogi momentami były bardzo ciężkie: kamieniste, piarżyste, żwirowe, śliskie, strome i nieprzejednane, ale jakoś udawało mi się nimi kroczyć. Wyszukiwanie odpowiednich ścieżek nie było łatwe, a kierunek jasny. Czasem był to wyraźnie oznakowany fragment GR, czasem 20 cm ścieżka pośród wysokich chaszczy, a czasem półka na skalnym urwisku. Bywało i tak, że zsuwałem się po piarżystym stromym zboczu, albo przeciskałem wąskim korytarzem pomiędzy ciernistymi krzewami. 



Pierwsze dni przyzwyczajają Cię do trudu wędrówki. Wchodzisz w rytm dnia, budujesz sobie jego rozkład na nowo. Wstajesz, gotujesz, pakujesz się, wyruszasz o świcie, pokonujesz przewyższenia, szczyty, przełęcze, odpoczywasz, biwakujesz, jesz, myjesz się, pierzesz, planujesz, zasypiasz. I tęsknisz za domem, pojawiają się pierwsze wątpliwości: 
Po co mi to? Półtora miesiąca wyjęte z życiorysu. Dość długo, a ja jestem niecierpliwy.Co pewien czas dostępowałem czegoś w rodzaju wzruszenia, nie pod wpływem otaczających widoków lecz refleksji przelewających się przez mój umysł. Rzeczy, które tam w cywilizacji nigdy nie przyszły by mi na myśl, rzeczy pozornie nieważne i oczywiste, tam nabierały innego znaczenia. Tam, gdzie byłem sam, pośród gór.
Dobrze jest mieć jakąś intencję, bo wtedy wiesz, że Twój trud nie idzie na marne, że robisz to w jakimś konkretnym celu. Wsparcie znajomych, też dodaje sił. Chętnie dzielisz się wiadomościami.



Kiedy minąłem 10 etap (1/4 całej trasy) – wciąż nie miałem radości z tej drogi, wciąż cel wydawał mi się poza zasięgiem. Chciałem to wszystko szybko mieć za sobą, stałem się dość zachłanny i forsowałem więcej etapów, eksploatując się mocniej i mocniej, i szybciej. Zacząłem odczuwać głód i fantazjować na temat jedzenia. Woda jest istotna, czasem jest jej za dużo, chlupie w butach, szumi w uszach, zagradza drogę, a czasem szukać jej trzeba.

Zbliżając się do półmetka wędrówki miałem już wypracowany pewien schemat działania, który sprawdzał się dość dobrze. Wypełniałem czas prozaicznymi czynnościami radziłem sobie z jego nadmiarem, ale i tak myśli natrętne wciąż powracały: Tylko trud i poplątane drogi. Pytałem sam siebie: gdzie to bogactwo pośród głazów, piargów i błota? A skoro nie potrafię czerpać z natury, nie daje mi to radości, to po co się męczyć? 
Dzień po dniu to samo: wysiłek i żar z nieba lub co gorsza deszcz. Etap zaliczony, posiłek i błogi sen. Marzyłem by wreszcie dojść do końca, rozmyślałem jak to będzie w Barcelonie, jak wrócę do rodziny, co opowiem znajomym, ale jednocześnie bałem się, że nie podołam, że się złamię, że ulegnę wypadkowi.



Pomiędzy 20, a 30 etapem trasa wiedzie przez Pireneje Wysokie i praktycznie nie schodzi poniżej dwóch tysięcy metrów. Ja niestety trafiłem na jakiś front arktyczny, który skutecznie pozbawiał mnie resztek sił. Błądziłem we mgle i deszczu, walczyłem z gradem, śniegiem i zimnem. Raz uratował mnie mały magazynek na stacji kolejki wyciągu narciarskiego. Otarłem się o hipo-termię. To był długi dzień. Zabłądziłem i szukałem ścieżki, ale było zbyt ślisko, zbyt wysoko i chmura otaczała wszystko. Przemoczony zszedłem do schroniska okrężną drogą, a potem próbowałem znów dojść do celu. Wspinałem się i szukałem schronienia szczękając zębami z zimna.



Nigdy nie wiedziałem gdzie będę spał. Zwykle rozbijałem namiot w miejscu ustronnym z dostępem do wody. Często też nocowałem w Cabanach - darmowych schronach. Są to miejsca przyjazne dla ludzi gór, jest ich dużo i dają dobre schronienie. Można wygodnie odpocząć, rozpalić ogień, cieszyć się dachem nad głową. Ich komfort jest różny. W jednych biegają myszy i jedzenia pilnować trzeba, a w innych czyściutko, świeże materace, opał, przyprawy i trochę jedzenia. Czasami dzieliłem z kimś nocleg. Miło było wymienić doświadczenia, porozmawiać, pocieszyć się.

Mój ekwipunek spisywał się nieźle. No może poza pompowaną matą, którą przedziurawiłem, a załatana nie trzymała powietrza i kilkakrotnie w nocy musiałem ją dopompowywać, ale z czasem przyzwyczaiłem się i do tego. Śpiwór puchowy był niezastąpiony w mroźne noce na wysokościach. Buty trzymały się dobrze każdej nawierzchni, choć gdy było mokro były i poślizgnięcia, i upadki. Pierwsza kontuzja – rozbity łokieć, kolejna: głowa - na szczęście nie trzeba było szyć, potem rany palców u rąk - naliczyłem 6 na 10 i 4 odciski u stóp. Resztę bólu fizycznego i psychicznych znosiłem dzielnie. Doceniłem też ciężar prowiantu, który dźwigałem na barkach, bo tych miejsc gdzie mogłem coś kupić było tak niewiele. Nie byłem w stanie w pełni uzupełniać utraconych kalorii i schudłem bardzo. Po 30 etapie byłem przerażony widokiem w lustrze. Codzienne umęczenie wyssało ze mnie tłuszcz i mięśnie. Głód mi mocno doskwierał. 



Etap 33, organizm się zbuntował: koncentracji brak, nogi swoim tempem - wolno, ociężale, no i ten krwotok z nosa. Musiałem odpocząć. W plecaku miałem jeszcze tylko dwie kostki ciemnej czekolady i garść crunchy. Musiałem uzupełnić zapasy, a najbliższy sklep oddalony był o 15 km. Coś się we mnie otwierało, powoli zacząłem zwalniać, nabierać pokory do miejsc, czasu, odległości, wysokości i praw natury. Byłem chudy, głodny, zmęczony, ale szczęśliwy. Wystarczyło tylko poddać się rytmowi zdarzeń, poddać naturze. Smaki życia oddziaływały mocno. 
Andora podobała mi się bardzo. Choć to mały kraj to bardzo czysty i urokliwy. No i do tego te strzeliste Pireneje. To najpiękniejsze góry, jakie do tej pory widziałem. Są niezwykle zróżnicowane i bardzo dzikie. Zachwycają krajobrazem, szatą roślinną, światem zwierząt, bogactwem form skalnych i jezior. Ich kontemplacja daje niezwykłą radość.Spotkałem wiele wspaniałych osób. Czasem wydawało mi się, że Aniołów, które pomagały mi lub wskazywały drogę. Mam ich wszystkich w pamięci. 



Rozmyślam jak ten czas płynie w nas. Na początku przytłaczał mnie swoją wielkością, odstępami, zajętością i ciągłością jednostajną. Trudno mi było uporać się z jego upływem. Że go aż tyle i że aż tak wolno się sączy. I ten czas zdominował duch - hardy charakter mojej nieustępliwości. Brnąłem więc w mgłach, deszczach, mrokach - ścieżkami wydeptanymi przez innych. Wola istnienia i trud dnia codziennego sprawił, że zharmonizowaliśmy się ze sobą. I od tej pory radość wypełniła me serce, bo cieszył mnie i pot, i pył, i piekące słońce na twarzy.Zmieniło mnie to, wyostrzyło zmysły, a i spokorniałem wobec praw natury, wobec przeznaczenia. To była niezwykła podróż w głąb siebie, która uraczyła mnie swoją prostotą, mądrością i pięknem otaczającego nas świata. Bezcenne samotne doświadczenie.



Dokładny dystans HRP, jaki samotnie pokonałem, to 872 km wędrówki, a suma wszystkich podejść to 47 582 m. 41 odcinków, udało mi się przejść w 33 dni. Straciłem 12 kg wagi.

Film z wyprawy:


            

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Szlak Św Olafa rowerem (Oslo - Trondheim)

MADERA - wyspa wiecznej wiosny

La Gomera, szlak GR132 w tydzień.